Zapraszamy do zapoznania się z ofertą.
KRAJ I ŚWIAT
Wypędzeni "wracają"
Mówi się, że bolesna przeszłość jest jak pajęczyna - więzi nas, będąc niewidoczną. W stosunkach Polski z Niemcami ta "sieć" staje się już zbyt uciążliwa. Nie składa się na nią bowiem jedynie pamięć, ale także wiele narosłych już przez lata mitów i fałszywych wyobrażeń. W budowaniu wzajemnych relacji przeszkadzają nie tylko krzywdy II wojny światowej, ale także te związane z wypędzeniem z polskich ziem Niemców. Jak długo jeszcze na stosunki między sąsiadami znad Odry wpływać będą decyzje podjęte kiedyś przez Hitlera czy Stalina?
Paradoksem zdaje się być fakt, że naród niemiecki, który w myśl nazistowskiej doktryny "Lebensraum" miał zapanować nad Europą aż po Ural, stracił w wyniku wojny najwięcej - 1/4 terytorium, z którego zostało wypędzonych nawet do 15 mln ludzi. Choć ich liczba zależy tak naprawdę od przytaczanego źródła.
W polskich opracowaniach mówi się o trzech etapach wysiedleń. Po pierwsze, czas ucieczek i ewakuacji ludności niemieckiej, których kierunek wyznaczały ruchy wojsk radzieckich. Po drugie, fazy nielegalnych wysiedleń Niemców od wiosny do jesieni 1945 roku, organizowanych przez połączone siły sowietów i polskich komunistów, którzy obejmowali wówczas administrację na tzw. "ziemiach odzyskanych". Wreszcie po trzecie, okres zorganizowanych przesiedleń po konferencji poczdamskiej, na której to Wielka Trójka zdecydowała o losach świata na, jak się okazało, na pół wieku.
O nas, bez nas
Na konferencję w Poczdamie przybyła także polska delegacja z Bolesławem Bierutem i Stanisławem Mikołajczykiem na czele. Nie przywiązywano jednak do stanowiska Polski zbyt wiele uwagi, sądząc, że i tak, jak powiedział Churchill "zażądają więcej, niż możemy im dać". Amerykański historyk Charles L. Mee udział państwa polskiego w obradach scharakteryzował krótko: "Lecz Polacy przybyli właśnie do Poczdamu, dumni i wymagający, jak zawsze, aby odegrać swoją rolę w ironicznym rytuale, w którym występowali jednocześnie jako zwycięscy i pokonani, ofiary i zdobywcy. Byli oni bezbronnymi ofiarami koncepcji i planów, które wymyślili inni, byli zdobywcami ziem, które posiedli nie dlatego, że byli silni, lecz dlatego, że byli zbyt słabi".
Decyzja zapadła 31 lipca 1945 roku - przesiedlenie ludności niemieckiej z terenów Polski, Węgier i Czechosłowacji miało nastąpić w "sposób zorganizowany i ludzki". Konkretne decyzje miały zostać podjęte na najbliższej konferencji pokojowej, która miała sankcjonować ład ustanowiony w Poczdamie. Problem w tym, że ta nigdy się jednak nie odbyła...
Porządek ustalony na spotkaniach Wielkiej Trójki w Teheranie, Jałcie i Poczdamie przetrwał przez blisko 45 lat. Formuła konferencji pokojowej zarysowująca się gdzieś tam w dalekiej przyszłości, zadowalała wszystkie strony. Do jej czasu bowiem, odłożono wszelkie sporne kwestie. Dziś natomiast, na początku XXI wieku, leżą one wciąż, już zakurzone, gdzieś w głębi szaf dyplomatów i stale, co kilka miesięcy, przypominają o sobie w krajach nad Odrą. Jak długo jeszcze?
Mniejsze zło
Maria Podlasek, prezes Wydawnictwa Polsko-Niemieckiego, autorka książki "Wypędzenie Niemców" podkreśla wyraźnie, że "o ile sam fakt przesunięcia granic Polski na zachód kosztem pokonanych Niemiec i związane z nim wysiedlenie ludności niemieckiej nie był zależny od Polski, to sposób realizacji tych postanowień nie był narzucony i zależał często od indywidualnej postawy poszczególnych Polaków".
Warto w tym miejscu od razu przytoczyć wypowiedź Władysława Bartoszewskiego, który jako minister spraw zagranicznych, tak mówił na specjalnej sesji Bundestagu i Bundesratu (28 IV 1995): "Polska odzyskała suwerenność polityczną. Odzyskuje też suwerenność duchową. Jej miarą jest poczucie moralnej odpowiedzialności za całą historię, w której - jak zawsze - są karty jasne i ciemne. Jako naród szczególnie doświadczony wojną poznaliśmy tragedię wysiedleń przymusowych oraz związanych z nimi gwałtów i zbrodni. Pamiętamy, że dotknęły one także rzesze ludności niemieckiej i że sprawcami bywali także Polacy".
Wypędzenia odbywały się często w dość okrutny sposób. Zanim zapadły decyzje w Poczdamie, akcje odbywały się nielegalnie. Aby nadać im pozory legalności, Niemcy musieli podpisywać oświadczenia o dobrowolności wyjazdu. Rosjanie i Polacy, według relacji świadków, zachowywali się wówczas, jakby to ci wypędzani ludzie odpowiadali za zbrodnie III Rzeszy.
Czy mamy zatem traktować Niemców jak ofiary? W Polsce nie akceptuje się takiego postawienia sprawy. To zupełnie zrozumiałe. Nierówność popełnionych zbrodni czy liczby ofiar są jednak uderzające. Czy jednak w wymiarze moralnym można bilansować zyski i straty? W 1981 roku Jan Józef Lipski napisał: "Zło nam wyrządzone, nawet największe, nie jest jednak i nie może być usprawiedliwieniem zła, które sami wyrządziliśmy [...] To trudno: albo chce się być chrześcijaninem, albo nie... Jeśli nim się jest - wie się, że zasada zbiorowej odpowiedzialności nie ma nic wspólnego z etyką, którą wyznajemy; że nawet jeśli musielibyśmy wybrać mniejsze zło - nie wolno nam zła nazywać dobrem; że wyrządzenie zła stwarza zobowiązanie moralne, choćby ten, kto go od nas doznał, wyrządził nam stokroć więcej zła - a na dodatek w słabym stopniu odczuwał potrzebę zadośćuczynienia".
Walka z mitami
Aforyzm Czesława Banacha mówi: "W przeszłości można poszukiwać drogowskazów pod warunkiem, że ich nie poodwracali historycy i politycy". Niestety jednak lata komunistycznej propagandy ukształtowały wiele fałszywych wyobrażeń. Do wypaczeń doszło także po drugiej stronie Odry. W Polsce nawet słowo "wypędzenie" (niemieckie Vertreibung) jest kontrowersyjne. Zakłada bowiem jednostronne działanie państwa i sugeruje bezprawie. Mowa jest zaś o wydarzeniach, będących konsekwencją prawomocnych decyzji podjętych na konferencji w Poczdamie.
W Polsce nadal też istnieje mit "ziem odzyskanych", wpajany przez komunistyczne władze, mający uzasadniać historyczne prawo do ziem niemieckich. Przy czym to prawo sięgało w najlepszym wypadku okresu rozbiorów Polski, ale także np. roku 1180, w którym to Pomorze Zachodnie przestało należeć do księstwa piastowskiego. Tymczasem faktem jest, że po II wojnie światowej straciliśmy rdzenne polskie ziemie na Wschodzie, (z których przesiedlonych zostało około 2 mln Polaków, właśnie na tereny zachodnie) - jednak wówczas to Stalin decydował o kształcie granic politycznych. Ziemie nazwane wtedy "odzyskanymi" miały być rekompensatą za straty na wschodniej granicy.
Strona niemiecka, celowo lub nie, myli pojęcia i używa ich często w szkodliwy dla Polski sposób. Gdy tematem rozprawy jest II wojna światowa, mówi się o Hitlerze, nazistach, nazistowskim rządzie, rzadko zaś po prostu o Niemcach. Gdy jednak rzecz tyczy się wypędzeń - głównym sprawcą są wtedy Polacy, a nie Stalin, komuniści i rzadko kiedy polski rząd komunistyczny. Dlaczego? Może, jak pisał prof. Zdzisław Krasnodębski na łamach "Rzeczpospolitej": "To czyni kwestię odpowiedzialności bardziej aktualną, gdyż - jak wiadomo - w Niemczech nie ma już nazistów, w Rosji Sowietów, a w Polsce nadal mieszkają Polacy, i to zatwardziali".
Czy potrzeba rachunku krzywd?
Muszą w Polsce budzić niepokój takie działania, jak te Powiernictwa Pruskiego (zaskarżenie Polski do Trybunału Sprawiedliwości w Strasburgu) czy Eriki Steinbach (chęć budowy Centrum Wypędzonych w Berlinie), mające przypominać głównie o przesiedleniach ludności niemieckiej po II wojnie światowej. Obecnie (początek czerwca 2007), w polskich sądach czeka ponad 200 wniosków Niemców o zwrot ich majątku. Pierwsze rozprawy już się zakończyły... na korzyść sąsiadów zza Odry. Polski rząd pracuje obecnie nad ustawą, która pozwoli usunąć nieaktualne wpisy z ksiąg wieczystych poniemieckich domów. W księgach tych bowiem w wielu przypadkach jako właściciele widnieją właśnie Niemcy. Na dziś dzień wiemy, że już ponad 20 Polaków musi opuścić swoje domy, nawet jeśli - jak w przypadku rodziny ze wsi Narty - mieszkali tam przez ostatnie 30 lat.
Można odnieść wrażenie, że dziś to Erika Steinbach i Rudi Pawelka (prezes Powiernictwa) nadają ton dyskusji o wypędzeniach i powojennych latach w Europie. Rząd niemiecki wydaje orzeczenia oraz deklaruje, że nie popiera roszczeń w stosunku do Polski, ale w gruncie rzeczy niewiele robi, by napięcie na linii Berlin-Warszawa zlikwidować. Natomiast polska polityka wobec Niemiec często ogranicza się jedynie do reagowania na dochodzące zza granicy zachodniej informacje. To zastanawiająca strategia, biorąc pod uwagę fakt, że najczęściej nie pochodzą one od strony rządowej. Stosunki polsko-niemieckie sprowadzone zostały do dwóch politycznych monologów. Co gorsza, nawet one przerywane są przez obustronne roszczenia i próby wystawiania rachunku krzywd.
Co z tego, że zdaniem większości ekspertów, skargi Powiernictwa Pruskiego, nie mają żadnych szans powodzenia? Jakie ma znaczenie fakt, że rząd niemiecki dystansuje się od działań Eriki Steinbach? Zastanawiające jest jednak to, że wszelkie roszczenia Niemców skierowane są w stronę Polski. Tylko i wyłącznie. Czyżby zapomniano, że w latach 1947-49 na obecnych terenach Obwodu Kaliningradzkiego odbywały się regularne akcje wysiedleńcze organizowane przez Związek Radziecki, mimo że w Poczdamie nie było o tym mowy? Może jednak Powiernictwo Pruskie doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że Niemcy prowadzą z Rosją strategiczne interesy, a Polska jest słaba i zawsze istnieje szansa, że coś się ugra.
Dziś po obu stronach Odry niezbędną rzeczą jest, by spojrzeć na własną historię także oczami tego drugiego. W imię prawdy i w celu leczenia siebie samych. "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie..."



Trudna sprawa, kurcze. »
tak czy inaczej ale dobrze że już jesteśmy w unii europejskiej prawda... »
Po obu stronach trzeba zrozumienia... niestety tego nie ma po żadnej ze... »