Zapraszamy do zapoznania się z ofertą.
KRAJ I ŚWIAT
Trybunał Lustracyjny
Mianowanych politycznie sędziów Trybunału Konstytucyjnego z natury rzeczy można by podejrzewać o stronniczość. Prawa nie da się jednak zaczarować dotknięciem różdżki, a gdy w grę wchodzi powaga jednej z ważniejszych instytucji w kraju, jak i własna reputacja, sytuacja nie jest już tak oczywista. Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego mają poglądy. I nie ma w tym niczego godnego potępienia. Nawet, jeżeli niektórzy czynią z tego faktu dramat.
W skład Trybunału Konstytucyjnego wchodzi 15 sędziów, wybieranych przez Sejm na 9-letnie kadencje, bez możliwości ponownego wyboru. Sędziowie są w tym czasie nieusuwalni, co gwarantuje ich niezawisłość (mogą co najwyżej zrezygnować, tak jak uczyniła to w marcu Lidia Bagińska po wyroku sądu w sprawie niedopełnienia przez nią obowiązków syndyka). W dodatku kandydat na członka Trybunału musi spełniać wymogi do zasiadania w Sądzie Najwyższym, czyli, poza tradycyjnymi wymaganiami wobec sędziego (choćby zakazem przynależności do partii politycznej), musi mieć co najmniej 10-letnie doświadczenie w jednej z prawniczych profesji.
Trybunał polityczny
Wkładu posłów w kształt Trybunału nie należy jednak lekceważyć. Świadczy o tym choćby przykład wspomnianej Lidii Bagińskiej. Także prezydent ma tu coś do powiedzenia, desygnując Prezesa Trybunału spośród dwóch przedstawionych kandydatów. W zeszłym roku Lech Kaczyński stanął przed trudnym wyborem powołania na to stanowisko prof. Marka Mazurkiewicza, byłego posła SLD bądź też, po raz pierwszy w historii TK, nie posiadającego stopnia naukowego, związanego z prawicą Jerzego Stępnia. Jak wiemy, padło na tego drugiego.
Polityczną przeszłość ma zresztą wielu sędziów Trybunału. Koronnym przykładem jest tu Marek Kotlinowski, do niedawna wicemarszałek Sejmu z LPR. Także wspomniany Mazurkiewicz, będący posłem przez trzy kadencje. Niemal każdy z aktualnych sędziów na jakimś etapie zasiadał w parlamencie bądź też uczestniczył w pracach rządowych, czy to gabinetów prawicowych, czy też lewicowych. Obecnie na 15 sędziów trzech zostało wybranych jeszcze za rządów Jerzego Buzka, sześciu w trakcie rządów SLD, natomiast kolejnych sześciu powołano za obecnej kadencji sejmu. Czy daje to Jarosławowi Kaczyńskiemu poczucie "odzyskania" Trybunału Konstytucyjnego? Nie bardzo.
Na straży prawa
Po pierwsze dlatego, że w zgodzie z demokratycznymi procedurami trudno w zasadzie w przypadku takiej instytucji o podobnej możliwości mówić. Trybunał należy do władzy sądowniczej, która w ramach trójpodziału władzy, w naturalny sposób ogranicza się z legislatywą i egzekutywą. Toteż nic dziwnego w tym, że kolejne rządy, niezależnie z której strony sceny politycznej, nie pałają do miłością do Trybunału. Co prawda Jarosław Kaczyński dopatruje się w uchylaniu ważnych dla niego ustaw głębszego dna, wypada jednak stwierdzić, że sędziowie w swej pracy nie kierują się poglądami, ale prawem. Oczywiście interpretacja prawa nie jest całkowicie oderwana od poglądów, dlatego też sędziów obradujących nad sprawą jest co najmniej dziewięciu.
I tu dochodzimy do drugiej kwestii: Sędziowie są niezawiśli. Instrumentalne traktowanie Trybunału przez Jarosława Kaczyńskiego i przypisywanie mu przez niego niecnych zamiarów, a nawet celowego uniemożliwiania reformy państwa, może budzić pewien niesmak. Tak samo jak wiara w możliwość zmiany orzecznictwa przy innym składzie sędziowskim i chęć dążenia do tego. Każda władza porusza się przecież w ramach jasnych kryteriów prawnych i z ograniczeniami z tego wynikającymi musi się liczyć. Większość w sejmie nie daje prawa do autorytatywnego decydowania o każdym elemencie struktury państwa, bo taki stan byłby karykaturą demokracji. Premier zapewne zdaje sobie z tego sprawę, bardziej opłaca mu się jednak sprawiać wrażenie, że "chce, ale nie może", niż nie robić nic.
Logika faktów niepełnychZgodnie z tą samą logiką, reprezentant sejmu w sprawie ustawy lustracyjnej w Trybunale Konstytucyjnym, Arkadiusz Mularczyk, złożył wniosek o odsunięcie od rozprawy sędziów, którzy kiedyś wypowiedzieli się "przeciw" lustracji, zapominając zaś o tych, którzy mogli się wypowiedzieć "za", co jest przecież niekonsekwencją. Takie zagranie niewątpliwie ukazało chęć opóźnienia wyroku, które jednak nie przyniosło skutku. Kolejną próbą było poddanie w wątpliwość bezstronności sędziów prof. Adama Jamroza oraz prof. Mariana Grzybowskiego. Mieli oni współpracować z komunistycznymi służbami, co ostatecznie okazało się nieszczególnie pewne. Pomimo wprowadzenia Trybunału w błąd, odsunięcie wyżej wymienionych sędziów od rozprawy, uniemożliwi ewentualne próby kwestionowania wyroku przy użyciu teczek.
A wyrok ten nie jest dla lustracyjnej koalicji rządzących i PO (która już zapomniała, jak głosowała w tej sprawie), łaskawy. Kilkadziesiąt punktów ustawy niezgodnych z Konstytucją to wynik, co by nie mówić, co najmniej niekorzystny. Dopatrywanie się przy tym w wyroku przejawu antylustracyjnego muru szkodzącego państwu, nie jest zbyt zasadne. Gdy na szali staje bowiem prawnicza reputacja, a oczy całej prawniczej i politycznej Polski zwrócone są na sędziów, nikt z nich nie może pozwolić sobie na werdykt na polityczne zamówienie. Należy się tylko cieszyć, że wraz ze zmianą roli i zajęciem pozycji członka Trybunału, znaczenie politycznych sympatii ustępuje rozsądkowi i poszanowaniu dla prawa. Bo jak słusznie zauważył kiedyś były prezes Trybunału Konstytucyjnego Marek Safjan, krytykuje się raczej całokształt działań niż konkretne punkty orzeczenia Trybunału. Spór dotyczy więc pożądanego kształtu demokracji.
Nie może być przecież tak, że Trybunał Lustracyjny zdecyduje o zgodności Konstytucji z lustracją. Nie wszystko o czym zamarzy władza da się w demokracji w prosty sposób wprowadzić w czyn. I całe szczęście, że tak jest. Niestety taka właśnie zgubna logika przyświeca Jarosławowi Kaczyńskiemu. Zgubna - ponieważ w tym ujęciu każdy kwestionujący zmiany staje się wrogiem. Także dlatego, że przeważnie prowadzi do ostrych konfliktów i uniemożliwia sensowne działanie.
Równie nieodpowiednie były słowa premiera o tym, że "każdego z sędziów Trybunału Konstytucyjnego można by o coś oskarżyć". Podważanie autorytetu jednej instytucji państwowej przez drugą dla osiągnięcia politycznych celów, to nienajlepsza praktyka. Charakterystyczne przy tym, że podobnie jak w przypadku kwestionowania wyroków Trybunału, premier stosuje tu figurę "wiem, ale nie powiem", nie podając konkretów.
Teraz czeka nas prawdopodobnie odtajnienie archiwów, co wydaje się w obecnej sytuacji rozwiązaniem rozsądnym. Przede wszystkim dlatego, że uniemożliwi dalszą nieczystą grę teczkami, która atmosferze w sferze publicznej, łagodnie mówiąc, nie sprzyjała. Trudno stwierdzić, czy akta zostaną również umieszczone w Internecie, ale i takie rozwiązanie można wziąć pod uwagę.
Istotne jest jednak nie prowadzenie politycznych potyczek, ale realne napiętnowanie oprawców, oficerów SB, figur poprzedniego systemu. Lustracja dotyczy bowiem w największym stopniu skłóconych dziś ludzi dawnej opozycji demokratycznej. Czy wytykanie ich słabości jest ważniejsze i bardziej sprawiedliwe niż rozliczenie twórców niszczycielskiego systemu?



PiS stoi przed rzeczywistą i historyczną dla Polski kampanią propagandową... »
Nie chodzi o grę polityczną, ale o prawdę historyczną. Jak kiedyś ktoś... »
trybunał stał się ostatnim bastionem demokracji i jedyną instytucją... »
...że 4 lata temu było jeszcze gorzej. Afery, korupcja, zawłaszczenie... »