Zapraszamy do zapoznania się z ofertą.
KULTURA
RHCP - "Papryczki" z pewnym posmakiem
Po latach prób i podchodów, po wielu koncertach w krajach ościennych, w końcu stało się to, o czym wielu marzyło. Na specjalne zaproszenie jednej z sieci komórkowych, w ramach cyklu imprez Era Nadaje Rytm, przyjechał do Polski jeden z najpopularniejszych zespołów rockowych. Red Hot Chili Peppers odwiedził Polskę trzeciego lipca, między koncertami w Niemczech.
Już od wczesnych godzin popołudniowych chorzowski Stadion Śląski, wraz z okolicznym parkiem, zaczął zapełniać się ściągającymi z całej Polski fanami rocka. Co krok można było natknąć się na licznie przybyłych obcojęzycznych fanów, niejednokrotnie manifestujących swoją narodowość powiewającą flagą.
Muzyczny wieczór rozpoczął amerykański raper, Mickey Avalon. Słaby występ i równie kiepski image białego rapera okazał się totalną pomyłką. Publiczność pożegnała go jednak dość łaskawie, ograniczając się jedynie do buczenia i środkowego palca. Po krótkiej przerwie na scenie pojawił się właściwy support. Młodzi australijczycy z Jet szybko zjednali sobie sympatię widzów. Przy drugiej piosence całkowicie porwali coraz liczniejszą publiczność. W prawie godzinnym występie panowie zaprezentowali najbardziej znane numery z obydwu wydanych dotychczas płyt - "Are you gonna be my girl" i "Rip it out". Żegnani oklaskami całkiem nieźle rozgrzali publiczność, która już prawie zapełniła płytę stadionu wraz z okalającymi go trybunami.
Na danie główne trzeba było poczekać jeszcze godzinę. Tuż przed dwudziestą pierwszą, przy ostatnich promieniach zachodzącego słońca, przy wielkim aplauzie sześćdziesięciotysięcznego tłumu pojawili się tak długo wyczekiwani artyści. Chad Smith, Flea i John Frusciante zaczęli psychodelicznie, by zaraz płynnie przejść w "Can't stop". Wtedy na scenie pojawił się, ubrany w kolorowy szlafrok, Anthony Kiedis. Publiczność nie zdążyła ochłonąć po wrzawie powstałej przy powitaniu Kiedisa, gdy zaczęły się pierwsze takty "Dani Kalifornia". Po wyjątkowo przebojowym wstępie, na który składało się jeszcze "Scar tissue" muzycy zaserwowali wszystkim niespodziankę w postaci covera "Havana Affair", wersji znanej chociażby z płyty-hołdu złożonego The Ramones "We're happy family".
Dalej miały miejsce niesamowite popisy Flea. Nie bez powodu uznawany jest za jednego z najlepszych basistów na świecie. Fantastycznie również prezentował się Frusciante, który zachwycał nie tylko grą na gitarze, ale także piękną, rzewną barwą głosu. "Papryczki" zagrały takie kawałki jak "Snow (Hey Oh)" czy też "She's only 18", skupiając się głównie na repertuarze z 3 ostatnich płyt. Potem spokojne "Californication", by na koniec porwać wszystkich przy dźwiękach "By the way", znanego z poprzedniej płyty o tym samym tytule.
Po tej piosence panowie zakończyli koncert. Nie dając się jednak długo prosić, wrócili na scenę. Rozpoczęli od niesamowitego solo Chada Smitha na perkusji, wspomaganego później przez Josha Klighoffera, znanego między innymi ze współpracy z Johnem Frusciante i udzielającego się w kilku piosenkach podczas koncertu. Po fantastycznej partii na bębnach pojawił się Flea z... trąbką. Gra na tym instrumencie wychodzi mu prawie tak sprawnie jak na basie, za co został nagrodzony owacją. Następnie muzycy już w komplecie wykonali "Soul to squeeze" i znane z płyty "Blood Sugar Sex Magic" - "Power of equality". Po tym Kiedis zszedł bez słowa ze sceny. Blisko dwugodzinny występ zakończyło fantastyczne jamsession Flea wraz z Johnem Frusciante.
Koncert wypada uznać za udany. Pewien niedosyt jednak pozostał. Można narzekać na średnie nagłośnienie, ale największe rozczarowanie przyniósł wokalista. Kiedis nie nawiązał kontaktu z publicznością, ograniczając się jedynie do kilku słów. Wyglądało tak jakby przyjechał tylko odśpiewać zakontraktowaną ilość utworów. Sytuację starał się naprawić Flea, który w kilku słowach podziękował za liczne przybycie. Wspomniał też, że to ich pierwsza wizyta w naszym kraju. Pewien niesmak spowodowało zniknięcie Kiedisa ze sceny w połowie bisów, który nawet nie raczył pożegnać się z tak licznie zgromadzonymi fanami.
Szkoda, że zabrakło kilku starszych piosenek. Red Hoci zagrali tylko dwa numery z uznawanej za najlepszą płytę w dorobku - "Blood Sugar Sex Magic". Fani po cichu liczyli na "Under the bridge" i "Otherside" w bisach. Ale cóż. Może po prostu nie można mieć wszystkiego. Mimo pewnego rozczarowania warto było jechać przez całą Polskę na koncert. Co prawda zawiódł lider, ale pozostali muzycy dali z siebie wszystko, by wypaść jak najlepiej przed publicznością, której nie zgromadziło się tu tyle chyba od czasów U2. Uznanie także dla miasta i organizatorów. Szybko i sprawnie można było opuścić nie tylko Stadion Śląski, ale w ogóle Chorzów.



pewnie nie byles na zadnym z koncertow RHCP;) i To byl Twoj pierwszy Karolu... »