Zapraszamy do zapoznania się z ofertą.
SPOŁECZEŃSTWO
Relacja z podróży: Polacy na Zielonej Wyspie
Już w samolocie można było zauważyć, kto i po co leci do Irlandii. Pasażerowie dzielili się na tych, którzy jadą na wakacje, do rodziny, znajomych czy narzeczonego. Na ich twarzach malował się uśmiech i oczekiwanie czegoś miłego i znanego. Druga grupa to ludzie zdenerwowani, często pierwszy raz lecący samolotem, nie znający języka, nie wiedzący co ich czeka, jadący z nadzieją, że na Zielonej Wyspie znajdą raj upragniony, czyli pracę. Wśród lecących jest i trzecia grupa, ci którzy wracają "do siebie" z wakacji w kraju.
Po wylądowaniu wszyscy rozpierzchają się w poszukiwaniu bagażu, a potem rodziny czy znajomych, którzy mieli czekać. Wtedy wydawało mi się, że stracę na kilkanaście dni kontakt z polskim językiem i Polakami.
Nazajutrz podczas zwiedzania miasta Limerick, doznałam szoku. Angielski zupełnie nie był tu potrzebny, na ulicy mówi się właściwie tylko po polsku, co kilka przecznic polskie szyldy polskich sklepów, w Tesco - dział z polską żywnością, a w kasie siedzi miła, uśmiechnięta blondynka - studentka z Polski. Przy kościele polskie ogłoszenia o pracy, mieszkaniu i mnóstwie różnych usług. Aż miło patrzeć, jak bardzo dobrze zorganizowanym i solidarnym narodem jesteśmy poza granicami naszego kraju.
W autobusie miejskim wśród pasażerów duża grupa młodzieży wracającej ze szkoły, wszyscy w jednakowych mundurkach, ale widać, ze prawie każdy z nich pochodzi z innej kultury. Wśród nich oczywiście kilku Polaków wymieniających uwagi w ojczystym języku, jest też trochę Słowaków, Czechów i Hindusów.
Kolejne dni spędziłam na zwiedzaniu zachodniego wybrzeża. Moher Cliffs robią wrażenie. Piękna pogoda, unoszący się aerozol oceanu w powietrzu, w pobliskiej kawiarence zamawiając kawę, spotykam wielu turystów z Polski. Są tu już dość długo, stać ich na to, aby nie pracować w weekend i przyjechać na wycieczkę. Nie oszczędzają, czują się dobrze i mogą sobie pozwolić na miłe spędzenie czasu. Za barem co prawda stoi ruda irlandzka piękność, ale tuż obok w sklepie z pamiątkami, student z Polski.
Na najpiękniejszym chyba krańcu zachodniego wybrzeża, półwyspie Dingle, spotykam miłego Irlandczyka. Wyjechał z miasta, żeby trochę odpocząć. Po krótkiej rozmowie dowiaduję się, że prowadzi firmę budowlaną. Jego prawą ręką jest architekt z Katowic, najbardziej zaufaną osobą asystentka z Krakowa, a pracownicy fizyczni to ekipa z Podhala. Nie omieszkałam zapytać, dlaczego zatrudnia Polaków? - To bardzo pracowici ludzie, Irlandczycy powinni się od nich tego uczyć - odpowiedział krótko. To było bardzo miłe, pomyślałam jednak, ze to może odosobniony przypadek. W miejscowości Dingle wsiadłam na statek wycieczkowy (za rejs płaci się dopiero po zobaczeniu delfina - jak na nasze warunki to też nowość), wśród około 30 pasażerów było może 8 Irlandczyków, cała reszta to Polacy.
To rzeczywiście przepiękna, zielona wyspa, z bogactwem celtyckich zabytków, pięknym skalistym wybrzeżem i wielością kultur, które widać w zachowaniu i kulturze jej mieszkańców. Znaczną część społeczeństwa stanowią imigranci, którzy wyróżniają się bardziej niż rodowici mieszkańcy, może przez kolor skóry, język, a raczej przez ekspansywność działania. Irlandczycy to bardzo mili i sympatyczni ludzie, pamiętający biedę oraz ucisk Anglików. Może z tego powodu są tak otwarci na imigrantów i dlatego doceniają ciężką pracę. W tym aspekcie dość symboliczny staje się fakt, iż to właśnie za irlandzkiego przewodnictwa Unii Europejskiej Polska stała się jej członkiem.
Potwierdzeniem spontaniczności i otwarcia Irlandczyków jest zachowanie się ludzi na ulicach. Rzadko kiedy na Zachodzie Europy można zauważyć kobiety nachylające się nad wózkami i zaczepiające małe dzieci, ludzi rozpoczynających rozmowę w środkach transportu czy na przystankach. Irlandczycy traktują to bardzo naturalnie. Autobusy tętnią rozmową nieznajomych. Nawet podczas zwiedzania muzeum czy będąc w zoo, możesz porozmawiać. Dla osób zamkniętych, przyzwyczajonych do nieco innej kultury jest to niewątpliwie, przynajmniej na początku, zaskakujące i stresujące. Z drugiej jednak strony dla emigranta z Polski może to stanowić dobry sposób na ćwiczenie języka.
Na opis i uznanie na pewno zasługuje irlandzka pogoda. Jest tu raj dla tych, którzy nie lubią skwaru i upałów, którzy przedkładają 10 stopni Celsjusza nad mrozy oraz śnieg. Wydarzeniem jest szron, a z powodu 28- o stopniowego upału ludzie umierają na ulicach. Podczas jednego dnia można doznać wszystkich pór roku, a deszcz, o którym tak wiele się mówi, na wyspach jest przyjemnym doznaniem.
Bez wątpienia zielona wyspa to miejsce warte zobaczenia bez względu na cel wyprawy. Jest piękna krajoznawczo i turystycznie, przyjazna przez osobowość jej rodowitych mieszkańców. Dobrze się tu żyje również tym, którzy wyjechali za chlebem, a nie boją się uczciwej i ciężkiej pracy.


