Zapraszamy do zapoznania się z ofertą.
KULTURA
Pustka na horyzoncie
Goya to przepis na spędzenie samotnego wieczoru lub klimatyczną randkę we dwoje. Nowe wydawnictwo to znak zapytania. Tym bardziej, że poprzednia płyta okazała się nie tylko artystycznym, ale także komercyjnym sukcesem.
13 piosenek, jedno przesłuchanie materiału. Rozczarowanie i chęć zaspokojenia ciekawości: czy to moja wina, czy płyty? Przesłuchałem trzy razy - nie jest najlepiej. Melodyjne, zróżnicowane utwory zastąpione taśmą produkcyjną, z której zeszło 13 bardzo podobnych nastrojowo, utrzymanych w tym samym tempie kawałków. Muzyka dominuje nad wokalem; jest zbyt cichy, przez co czasami nie można skupić się na odbiorze tekstu. Głos Magdy Wójcik to przeszkadzajka, będąca dodatkiem do wszechobecnej na "Horyzoncie zdarzeń" elektroniki. Dużo postukiwań i elektronicznie przerobionej gitary. Cukier zastąpił miód. Goya weszła w koleiny własnego sukcesu. Stała się produktem komercyjnym w najgorszym tego słowa znaczeniu.
Muzyka - oprócz intra i zamykającego krążek tytułowego "Horyzontu...", nie zdaje egzaminu. Słowa? Jest jeszcze gorzej. Wersy ewidentnie słabe ("moje gałęzie rąk wyciągam w niebo", "każdą myśl, rozedrganą niczym liść"), sąsiadują z typową dla zespołu, subtelną poetyką ("jestem jak łza, którą ocierasz").
Pomysłów na utwory też nie było - on odchodzi, ona czeka, ona płacze, ona kocha. Wszystko sprawia wrażenie autocytatu - "Dzień inny niż zwykle" jest cieniem "Jeśli będę taka", "Oczekiwanie", kopią "Smaku słów".
Wybija się tytułowy "Horyzont zdarzeń", perwersyjnie umieszczony na samym końcu. Pominąwszy pierwsze sekundy, wciąga bez pamięci. Krótki i zwarty tekst, niemal odwołuje się do religijnych przeżyć. Przemyślane przejście między zwrotkami. Logiczne rozwinięcie intra, na upartego można je włączyć do "Horyzontu..." jako dodatkowe dwie minuty. Na deser okładka płyty. Na pierwszy rzut oka wysmakowana, koncepcyjnie nawiązująca do tytułu albumu. Lecz jeśli wziąć pod uwagę zdjęcie na oficjalnej stronie zespołu oferujące się jako tapeta, można mieć wątpliwości.
Goya to zespół bardzo nierówny. Pierwsza, mocno oklepana i banalna płyta poprzedziła dojrzalszą drugą i mistrzowską, cudownie poetycką trzecią. Czwarta okazuje się być cukierkiem zapakowanym w papierek tylko dla bezkrytycznych, najbardziej zagorzałych fanów.


