PUBLICYSTYKA
SONDA
Czy w Polsce żyje się dobrze?
NA FORUM
Projektowanie i tworzenie stron Katowice.
Zapraszamy do zapoznania się z ofertą.

KRAJ I ŚWIAT

fot. europa.eu

Pierwiastek kluczem do potęgi?

Tomasz Sawczuk
2007-06-20

W czwartek na unijnym szczycie w Brukseli rozpocznie się bój o wszystko. A w zasadzie zakończy, bo różnorakie konsultacje były już przecież prowadzone. Kto wygra? Bitwę czy wojnę? I czy w ogóle jest się o co bić?

Sposób głosowania w Unii Europejskiej to kwestia drażliwa. Nic dziwnego, trzeba bowiem pogodzić interesy 27 państw. Dlatego też każdy kompromis jest tu trudny. Ten zawarty w Traktacie w Nicei jest dla Polski wyjątkowo korzystny, zaś zasada podwójnej większości - rozwiązanie z odrzuconej Eurokonstytucji - pozostawia wiele do życzenia. System pierwiastkowy ma być zatem rozwiązaniem prawdziwie kompromisowym.

Dlaczego pierwiastek?

Rada Unii Europejskiej to najważniejsze unijne ciało decyzyjne. To właśnie Rada, składająca się z odpowiadających sobie w danej sprawie ministrów państw członkowskich formalnie podejmuje decyzje prawodawcze. Zgodnie z postanowieniami z Nicei, Polska ma w niej 27 głosów, tyle samo, co Hiszpania i jedynie o dwa mniej niż Niemcy, Francja, Włochy i Wielka Brytania. Następna w kolejności Holandia ma jedynie 13 głosów. Jest to sytuacja dla nas korzystna, daje nam bowiem widoczny wpływ na kształt głosowania.

Najważniejsze są jednak koalicje, tworzące się przy okazji decydowania o konkretnych sprawach. Właśnie ta kwestia powoduje wątpliwości w przypadku systemu podwójnej większości, zaproponowanego w Traktacie Konstytucyjnym. Siła głosu rozkłada się w nim bowiem proporcjonalnie do liczby ludności danego kraju, co powoduje, że Niemcy mają w tym systemie dwa razy więcej głosów niż Polska. Co prawda obowiązuje tu wymóg zgody co najmniej 15 państw, reprezentujących minimum 65 proc. ludności UE, który jest pewnym wentylem bezpieczeństwa. Nie da się jednak zaprzeczyć, że wzrost znaczenia największych państw Unii jest widoczny. Czy jest to niesprawiedliwe, pozostaje kwestią interpretacji i prezentowanej wizji zjednoczonej Europy.

System pierwiastkowy ma te dysproporcje niwelować. Matematycznie rzecz biorąc, jest on na pewno sprawiedliwszy, co niektórzy unijni politycy przyznają bez ogródek. Liczba ludności nie odwzorowuje bowiem liniowo faktycznej siły głosu, o czym decydują między innymi, wspomniane wcześniej, możliwości tworzenia koalicji. Siła głosu ważonego ustalana na podstawie pierwiastka z liczby ludności, zmniejsza zatem nierówności wynikłe z różnic w potencjale ludnościowym i pozwala na bardziej równomierny rozkład głosów, w którym największe państwa są i tak relatywnie silniejsze niż w przypadku systemu nicejskiego.

Gra warta świeczki

O zmianę systemu głosowania warto się zatem starać. W końcu jest on jednym z fundamentów Unii Europejskiej, który powinien miarodajnie odzwierciedlać potencjał państw członkowskich. Wszelkie narzekania czy groźby nie są tu do końca zasadne, Polska ma bowiem prawo do zabiegania o własne interesy i korzystania z tego prawa wedle należnej jej w Unii pozycji. Pozycji wcale przy tym nie wyjątkowej.

Dla prawdziwej legitymizacji prac nad nowym dokumentem, zgoda wszystkich państw wydaje się do podjęcia dalszych prac niezbędna. Kanclerz Niemiec Angela Merkel zaznaczyła zresztą, że nie zamierza ignorować ewentualnego weta Polski. Naszych wątpliwości nie da się zlekceważyć także o tyle, iż są w naturalny sposób zasadne, czego przywódcy innych państw nie mogą nie zauważyć. Niektórzy unijni politycy, jak i niektóre zagraniczne media, jeśli instynktownie nie podeszły do stanowiska Polski jak do metody terrorystycznej, już to zauważyli.

Cała debata nie musi zaś przybrać wcale żadnych straszliwych w formie kształtów. To prawda, że państwa członkowskie zatwierdziły system podwójnej większości, zgadzając się na tekst Konstytucji UE. Twierdzenie jednak, że na dyskusję jest już za późno, bo do tych ustaleń nie powinno się wracać to czysta fikcja. Szczyt ma zdecydować nie o konkretnych rozwiązaniach, a o zakresie rozmów na drodze do nowego unijnego dokumentu. Poza tym, to nie Polska, ale Francja i Holandia odrzuciły traktat.

Jeżeli wśród postanowień szczytu zostanie zawarta wola spisania mini-konstytucji, wątek głosowania, jako jego składowa, i tak będzie musiał przy tej okazji powrócić. Może się więc okazać, że opór innych państw przed dyskusją na temat głosowania jest w istocie symboliczny. A przy tym, warto zauważyć, że lepiej dogadać się z Polską teraz i pokojowo, niż toczyć krwawe batalie przy okazji ustalania założeń mini-traktatu.

Zaznaczyć należy, że pierwiastek nie musi być jedynym i optymalnym rozwiązaniem. Bardzo możliwe, że w toku rozmów wyłoni się jakaś inna koncepcja. Ewentualna niezdolność Unii do osiągania kompromisów, na którą zdają się powoływać przeciwnicy ponawiania debaty o głosowaniu, skazywałaby ją nawet na rozpad bez podejmowania tematu. A można odnieść wrażenie, że unijni przywódcy oddychają z ulgą, uradowani, gdy tylko uda się cokolwiek ustalić i przezornie starają się od razu zamknąć rozdział. Polsce nie chodzi zaś przecież o żadne rozbijanie instytucjonalnych podstaw Unii, ale o dyskusję nad czymś, co jeszcze nie weszło w życie, a nawet nie wiadomo, kiedy wejdzie.

Liberum veto

Wbrew logice, Polskę w staraniach o ponowieniu rozmów w sprawie systemu głosowania wspierają tylko Czechy. Choć może zależy to od tego, kto jaką logiką się kieruje. W interesie innych średniej wielkości państw UE leżałoby wsparcie Polski. Z drugiej strony, przytoczyć tu można serię górnolotnych twierdzeń o dobru wspólnoty, potrzebie kompromisu i myśleniu ponadnarodowym. Nie wszystkie państwa muszą też chcieć wchodzić w spór z unijnymi gigantami, a nawet posiadać jakieś szczególne ambicje. Ale Polska ma ambicje i nie ma w tym niczego złego.

Szkoda tylko, że polskiej propozycji nie przygotowano lepiej. Że dyskutowana jest ona w ostatniej chwili i nie ma, prawdopodobnego przecież, zaplecza wśród innych członków Unii. Polska w tej grze, choć sprawia wrażenie silnej i zdeterminowanej, jest jednak praktycznie sama, co wcale nie musi mieć rewelacyjnych skutków na przyszłość. Nie ma też jednak co tragizować - fakt, że wyraźnie artykułujemy swoje potrzeby, nie pozwoli lekceważyć naszego zdania w przyszłości. Także dlatego dobrze, że w tej sprawie rząd wsparła Platforma Obywatelska.

Trzeba to mimo wszystko rozgrywać umiejętnie, aby Polska nie stała się w oczach innych wiecznym awanturnikiem, którego nieustannych pokrzykiwań i tak nie ma po co słuchać. A niestety, nasz głos nie brzmi w tej kwestii jednolicie, głównie za sprawą SLD czy prof. Geremka.

Jeżeli już zaczęliśmy, a zaczęliśmy mimo wszystko słusznie, to musimy trzymać twardą linię do końca. Wątpliwe, by udało się znaleźć takie propozycje zastępcze, które skutecznie zniechęciłyby Polskę do podnoszenia kwestii systemu głosowania. Bo też właśnie o ten system, a nie o samo zamieszanie, nam chodzi. Ani wpisanie do traktatu solidarności paliwowo-energetycznej (co prędzej czy później i tak nastąpi), ani matematyczne zmniejszenie liczby Niemców do 70 mln w ramach systemu podwójnej większości (gdy do UE wejdzie Turcja, miałaby taką samą siłę głosu), ani nawet zwiększenie liczby polskich europarlamentarzystów (nawiasem mówiąc, Niemcy mają ich aktualnie niemal dwa razy tyle co Polska, co ma rekompensować im nicejski system głosowania w Radzie UE), nie są na tyle wartościowymi propozycjami, by system głosowania mógł pójść w niepamięć.

Niemcom zależy na kompromisie. Chcą zakończyć swoją prezydencję w UE sukcesem. Weto Polski na pewno by w tym przeszkodziło. Samo weto powinno być ostatecznością i źle się stanie, jeżeli do niego dojdzie. Jego zastosowanie, w przypadku całkowitego nieuwzględnienia naszych postulatów, będzie można jednak usprawiedliwić.

magazyn
Komentarze

Copyright (c) Magazyn Internetowy LEAD.pl 2007-2012.
O nas   Redakcja   Reklama   Kontakt     do góry
Lead - kiedy myślisz, że napisano już wszystko.