Zapraszamy do zapoznania się z ofertą.
KULTURA
Król jest nagi
Są tacy pisarze, których kupuje się z zawiązanymi oczami. Ufa się im. Wie, że każda kolejna książka, jeśli nie lepsza od poprzedniej, to przynajmniej - jak to się elegancko mówi - będzie trzymać poziom. Nawet najwięksi mają słabsze pozycje w swoim dorobku, ale kiedy niemoc trwa kilka lat i dotyka jednego z najbardziej rozpoznawalnych pisarzy naszego globu, można być rozczarowanym.
Stephen King: człowiek - instytucja. Powieść, sztuka teatralna, czy książka dla początkujących pisarzy - wszędzie czuje się dobrze i wszędzie odnosi sukcesy. Jest ceniony zarówno przez krytyków, jak i odbiorców swoich dzieł, co w przypadku zwykłego pisarza jest raczej trudne do wykonania. Rozmach narracyjny, pełne zaangażowanie w ukazaniu meandrów psychiki postaci, skomplikowana fabuła. Wszystko to było cechą rozpoznawczą Króla, wyznaczało przy tym standardy wysokogatunkowego horroru, który przestał się kojarzyć z prymitywnym machaniem piłą łańcuchową i litrami krwi. Zaczął być traktowany jako pełnoprawna, mainstreamowa literatura.
Najlepszym dowodem na to są przeboje powieści "The Stand" ("Bastion"). W wielu krajach, także w Polsce, książka ukazała się w wersji okrojonej o średnio 400 - 500 stron. Nadal była to dobra literatura, ale postacie stały się papierowe, a przebieg akcji niewiarygodny. Poza tym uciekała połowa smaczków obecnych w kompletnej wersji powieści. W końcu decydenci poszli po rozum do głowy i dzisiaj coraz trudniej - jeśli w ogóle - można spotkać okrojone wydanie tej książki. Skoro więc tak dobrze szło, co się stało?
W dół, po linii prostej
Ano, tego nie wie chyba sam King, skoro nadal cieszy się swoim pisarstwem, produkując co prawda chudsze niż w latach 80- tych "cegły", ale nadal jest to radosna, niczym nieskrępowana twórczość. O ile jednak "Smętarz dla zwierzaków", "Carrie", czy "Misery" zasługiwały na status opowieści bez mała kultowych, o tyle obecne wyczyny Kinga mają się tak do jego wcześniejszej twórczości jak stwierdzenie, że Guy N. Smith to pisarz. Ten ostatni to facet, który naprodukował ponad 80 powieści z gatunku horroru, jedna bardziej idiotyczna od drugiej. "Sztuką" tą dobijało nas na początku lat 90- tych rodzime Phantom Press. Nieporadne składanie zdań, pomysły wydające się wykluwać z głowy taśmowo po ostrej libacji alkoholowej i tym podobne atrakcje stanowiły o sile Smitha, która podbiła serca Phantom Press.
Z Kingiem aż tak źle nie jest, ale zlitować się nad nim jakoś trudno. Tęskni się za tym groteskowo ubranym facetem, który w za dużych, źle dobranych okularach przypominał Harolda Laudera - zakompleksionego i pełnego frustracji małolata z "Bastionu". Był wtedy świeży, tryskał pomysłami. Obecnie każda kolejna pozycja wychodząca spod jego pióra jest coraz bardziej żenująca. I nic nie wskazuje na to, żeby coś miało się ruszyć.
Im dalej, tym gorzej
Zaczęło się od "Łowcy snów" - ceglastej pozycji napisanej na kolanie, z pewnością jednym, bo drugie spoczywało spokojnie na szpitalnym łóżku. Daleki jestem od ubliżania osobom znajdującym się w tego rodzaju przybytkach, ale kiedy dobry autor na gwałt musi zaspokoić głód pisania i wymagania swojego wydawcy, by w miarę regularnych odstępach czasu dostarczać nowy materiał, podnosi się ciśnienie. A potem już tylko krew. Nagła i niespodziewana. Zalewa nieszczęśnika, muszącego przedzierać się przez strony nabite łasicami, UFO, wojskiem, lasem, strzelającymi ekskrementami, toaletami w domkach na odludziu. Toż to kwintesencja kina klasy C!
Wypadek przy pracy można wybaczyć. Bierze się do ręki kolejną książkę i ufa dalej. "Colorado Kid" to przykład budżetowej powieści. To jakby do Guya N. Smitha przyszedł jego wydawca i powiedział: "chłopie, obaj wiemy, że talentu Kinga czy takiego Mastertona to ty nie masz. Ale weź mi nasmaruj jakąś ładną historyjkę, co by ludzie kupili. Okładkę się ładną zrobi i jakoś to będzie". Zabawa polega na tym, że w grę "jakoś" mogą grać studenci, a nie mistrzowie. Nachalne moralizatorstwo można sobie podarować, kiedy się pisze literaturę rozrywkową.
"Historia Lisey" jest niezła. King wyczyścił szuflady z rękopisów, o których sam pewnie dawno zapomniał i tylko dzwonek telefonu wydawcy (stacjonarnego telefonu, o czym za chwilę) o nich mu przypomniał. Stare bazgroły poszły do druku, King wziął się za "Mroczną wieżę" i przypomniał sobie, że wypadałoby stworzyć coś nowego. Reklamowana jako "najbardziej szczera powieść Kinga" (pozwoliłem sobie zacytować Prószyńskiego i Spółkę) okazała się być melodramatem, po prostu. Nie przystoi.
Jak jest dzisiaj?
Na koniec zostawiłem sobie "Komórkę". Nie mam już siły się pastwić, więc będzie krótko. Pomysł dostosowany do epoki zreformowanego MTV: mniej muzyki, więcej idiotów ściągających spodnie przed kamerami. Oto tajemniczy Impuls, jak później nazwane zostanie zjawisko, tworzy z ludzi żywe trupy, które nie mają specjalnego oporu przed skakaniem sobie do oczu. Swój to, czy normalny, mniejsza z tym. Zombiak dokopać może zombiakowi, zdrowemu szczęśliwcowi, który nie miał przy sobie komórki i nie stał się ofiarą pomieszania zmysłów. Ale cóż to? Zombie zaczynają się organizować, tworzyć stada, niemalże myśleć. Słabo tylko reagują na ogień, benzynę i wybuchy, ale można im to wybaczyć. Nikt nie jest doskonały. Odnoszę wrażenie, że ikona naszych czasów, czyli komórka, której King nie posiada i ponoć nie chce, stała się tylko pretekstem do masowej wyrzynki wszystkiego, co się rusza. Dialogi galopują tu w tempie TGV, wprost proporcjonalnie do logiki. Im dalej, tym jej mniej. Kolejne impulsy, kolejne modyfikacje oprogramowania zombie. Strach się bać.
Nie potrafię niestety pozostać bezkrytyczny wobec pisaniny Stephena Kinga. Pisarz to bardzo dobry, miejscami wybitny. Kupić jego książkę to jak dostać prezent pod choinkę w wieku pięciu lat. Nie można się doczekać rozpakowania. "Łowca snów" kończy się osobistym podziękowaniem autora dla czytelników: "dziękuję wszystkim, którzy dotarli ze mną aż tutaj". Nie ma za co. Sesja u psychoanalityka kosztowała mnie majątek, bo ja komórkę posiadam i zacząłem się bać. Futro mojej mamy wyrzuciłem, bo zacząłem odczuwać awersję do łasic. Ale nie ma za co, naprawdę...


