PUBLICYSTYKA
SONDA
Czy w Polsce żyje się dobrze?
NA FORUM
Projektowanie i tworzenie stron Katowice.
Zapraszamy do zapoznania się z ofertą.

KRAJ I ŚWIAT

Demokracja w szwach?

Tomasz Sawczuk
2007-05-20

Oryginalne trio w składzie: Wałęsa, Kwaśniewski, Olechowski, chce bronić demokracji w Polsce. Pomysł godny przyklaśnięcia, o ile jest po co. Nic przy tym dziwnego, że mające poczucie marginalizowania elity III RP, pragną się przypomnieć i zabrać głos. Bardziej zastanawiający wydaje się symbol, jaki mimowolnie sobie w tym celu wybrały, a który sam się na ten symbol wykreował - powracający do polityki Aleksander Kwaśniewski. Czy ocali demokrację?

Aleksander Kwaśniewski, jako prezydent Polski przez 10 lat, człowiek uznawany za kompromisowego i dążącego do łagodzenia konfliktów, popierany przez dużą część społeczeństwa wydaje się naturalnym przywódcą antyPiS-owskiego ruchu. Czy też Ruchu na Rzecz Demokracji. Demokracji? Bo czy Kwaśniewski właśnie jest wiarygodną twarzą recenzenta demokratycznych rządów? Czy raczej przygotowuje grunt pod kolejne polityczne posunięcia, wykorzystując do tego górnolotne hasła, grę na antyrządowych emocjach i autorytety, które do tej pory budowały wolną Polskę?

Nie ma prostych odpowiedzi. Wypada zauważyć, że wiele osób Kwaśniewskiemu po prostu ufa. Jest on dla nich przeciwieństwem konfliktowych i do bólu wyrazistych braci Kaczyńskich. Gdy Kwaśniewski mówi zatem, że z demokracją w Polsce coś jest nie tak, nie ma powodu, by mu nie uwierzyć - w końcu to jej wybitny praktyk. Z drugiej strony takie posunięcie Kwaśniewskiemu się niezwykle opłaca. Z impetem wraca do gry i to od razu do pierwszej linii. Gromadzi wokół siebie ludzi szanowanych, którzy również mówią, że "coś jest nie tak". Przekonuje, że tak bliska mu demokratyczna idea jest przedmiotem jego troski i jako mąż stanu nie może przejść obok jawnego rozboju rządzących na państwie obojętnie. Przypomina się ludziom i staje na czele ruchu, który ma przywrócić spokój. Póki co - centrolewicy pod nazwą Lewica i Demokraci. W przyszłości - nie wiadomo.

Demokracja ma znaczenie

Stanisław Janecki z "Wprost" stwierdził w TVN24, że problemy poruszane na konferencji, nie są prawdziwymi problemami ludzi. Być może pośrednio ma rację, bo "demokracja" to w ostatnim czasie takie słowo-obuch, którym można bić, gdy nie ma argumentów. Przy tym: co ma demokracja do dziur w jezdniach albo bezrobocia? Ano ma i są to przecież zależności złożone. Poprawnie funkcjonujący system polityczny jest w końcu podstawą, na której opiera się dobrze działające społeczeństwo. Ważne jest, kto dysponuje pieniędzmi na drogę, jak wygląda proces inwestycyjny, kto ponosi odpowiedzialność i jakie jest ryzyko, że ktoś się do niego, kolokwialnie mówiąc, "przyczepi". Wprost niezwykłe, jak wiele w tej kwestii zależy od logiki pojmowania demokracji.

Wybór pomiędzy rozliczeniem historii a budowaniem autostrad jest przy tym fałszywy. Nawet jeżeli Jarosław Kaczyński twierdzi, że aby pójść do przodu trzeba oczyścić przeszłość. Obie te sprawy będą się przecież toczyć równocześnie. Obie - i co do tego panuje dość szeroka zgoda - są ważne. Sposób osiągania strategicznych celów, jak i same cele nie są jednak bez znaczenia. W tym sensie konferencja osobliwej politycznej trójcy jest jak najbardziej na miejscu.

Bo choć przeciętnego obywatela meritum debaty niekoniecznie musi interesować, to z punktu widzenia elit kształtujących opinię publiczną dyskusje takie są pożądane i szkoda właściwie, że nie odbyło się tego typu spotkanie także z udziałem intelektualistów popierających obóz rządzący. A i szkoda, że sami rządzący inicjatywę lekceważą, bo zdroworozsądkowej debaty na poziomie na pewno jest u nas zbyt mało. Choć bywa, że i zebranym w czwartek w auli Uniwetsytetu Warszawskiego brakuje samokrytycznej refleksji, co też niezwykle często prawica im wypomina.

Szwankująca pamięć

Bo rzeczywiście groteską jest, iż to Aleksander Kwaśniewski staje na czele obrońców standardów demokratycznych. Mówiąc "bez amnestii", a myśląc o chlubnych dokonaniach III RP poddaje on amnestii dokonania pozostałe - także swoje i swoich towarzyszy. Kwaśniewski, przyznając teraz otwarcie, że popełniono wiele błędów, stara się zdezawuować pamięć o nich i rozmydlić odpowiedzialność.

Trzeba przy tym zauważyć, że psucie państwa w wykonaniu postkomunistów i obecnej władzy, choć właściwie w wielu aspektach podobne, ma inne podłoże. Wcześniej był to głównie oportunizm, wygoda i prywata. Poczucie, że sam fakt budowania demokracji stanowi przyzwolenie dla drobnych lub mniej drobnych przekrętów, a zaistniałe możliwości dają szansę załatwiania swych interesów.

Obecnie zawłaszczanie państwa, czy też konsekwentna krytyka jego fundamentów wpisuje się w całościową wizję zmian, w której szlachetne z pozoru cele, w praktyce uwalniają kolejne demony. Nie sposób pominąć również chęci obalenia "polityczno-biznesowo-medialnego układu", który miał dzierżyć dotychczas monopol w kwestii budowania państwa i to w wymiarze zarówno ideowym, jak i faktycznym.

Choć zatem dostrzec można różnice w motywacjach kierujących dotychczasową i obecną władzą, efekt ich działań jest równie niepożądany i szkodliwy. W pierwszym przypadku było nim utrwalanie ignorancji w stosunku do prawa i procedur, a także szkodzenie państwu poprzez konserwowanie stanu, gdzie personalne układy decydują o życiu publicznym. W drugim jest to spadek prestiżu instytucji publicznych, długotrwałe konflikty społeczne czy wreszcie ideologizacja przestrzeni publicznej.

Kwaśniewski do pamięci o przeszłości ma więc stosunek dość swobodny, nie mówiąc już nawet o czasach PRL-u, które w oczywisty sposób odbierają pełną wiarygodność jego obozowi mówiącemu o demokracji. Jak na ironię doszła do tego jeszcze informacja o przyjęciu przez fundację byłego prezydenta sporych pieniędzy od ukraińskiego oligarchy Wiktora Pińczuka, co w oczach prawicy stanowi właściwie ucieleśnienie niemal wszystkiego, o czym mowa powyżej.

Kwaśniewski wraca do gry

Być może prawdą jest, że przeszłość ta aż tak bardzo ludzi nie obchodzi, dlatego Kwaśniewski, jako bojownik o demokrację, ma się dobrze. Pokazują to chociażby sondaże w sprawie pozostałości poradzieckich w Polsce - zajęcia się nimi chce znaczna mniejszość. Może jest to efekt zwykłego oporu wobec kolejnego pomysłu rozliczeniowego PiS, zmęczenie ciągłymi odniesieniami do historii w polityce IV RP. Bardziej prawdopodobne jednak, iż jest to objaw braku odpowiedniej świadomości, wiedzy o znaczeniu procesów politycznych w nowoczesnym państwie, a może także zainteresowania pożądanym kształtem demokracji. Ten stan może wyjaśniać małe zaciekawienie przebiegiem konferencji, które przypisuje wydarzeniu Stanisław Janecki z "Wprost".

Nie zważając na to, co z konferencji pozostanie, trzeba pamiętać, że ciągle pokazujący się tu i tam Kwaśniewski samą obecnością może sobie nabijać punktów. Kreuje się na ojca narodu łączącego ludzi, chętnego do dyskusji, energicznego. Próbuje przedłużyć wrażenie, jakie sprawiał w czasie swojej prezydentury. Chce pełnić rolę dobrego wujka wszystkich Polaków, co może się podobać.

Z czasem jednak, gdy będzie musiał wikłać się w doraźne polityczne gry, podejmować decyzje, gdy stanie się nawet stroną wewnątrzfrakcyjnej walki, jego autorytet może spadać. Nie na tyle, by stracił znaczenie, na tyle jednak, by odebrać mu uprzywilejowane miejsce w polskiej polityce. A trzeba pamiętać, że gra nie tyle na siebie, bo to już ugrał, co na własne ugrupowanie. Na razie, z pozycji powracającego z zewnątrz politycznego giganta, Kwaśniewskiemu jest wyjątkowo łatwo. Bo też rządzący dostarczają mu na tacy argumentów. Czy na tyle poważnych, by troskać się o demokrację?

Wojny elit

Warto sprawę podjąć na poważnie, bo ciągłe powtarzanie, nieraz wyolbrzymionych twierdzeń o łamaniu praw człowieka, ograniczaniu swobód obywatelskich czy zamachu na demokrację, może sprawić, że krytyka sama się zdyskredytuje. Koniec końców, znaczna większość przeciwników Kaczyńskich mówi właściwie, że tak naprawdę poważnego zagrożenia dla demokracji nie ma, trzeba jednak bić na alarm, bo zaobserwować można znaczące symptomy degeneracji państwa. Że najważniejsze jest ogólne złe wrażenie.

Pozbawionemu konkretów mówieniu o nieciekawej atmosferze można zarzucić bełkotliwość. Z drugiej strony podważanie kompetencji sądów, konflikty z mediami, ciągłe dowcipy o podsłuchach i zbliżaniu się państwa policyjnego czy nawet pogłoski, że w tegorocznym kabaretonie w Opolu wykonawcom sugerowano nie śmianie się z władzy pokazuje, że faktycznie o jakimś trudnym do zdefiniowania klimacie można mówić.

Być może nie jest on nawet bezpośrednim i celowym efektem działań rządzących. Wszak trudno uwierzyć w to, by ktoś z obozu władzy ingerował w program kabaretonu. Wygląda na to, że czasem nadgorliwość zwolenników obozu rządzącego, misjonarzy "dobrej sprawy" jest przyczyną tego, że sam obóz staje się celem prześmiewczych uwag, w sposób nie całkiem zawiniony. Nie całkiem, bo jednak pewną sprzyjającą takim działaniom retorykę, podział na "naszych" i "obcych", nieufność wobec inaczej myślących i wrogość wobec krytyki, bez trudu da się wyczuć.

Poprzez chęć zmonopolizowania debaty publicznej obie strony popełniają ten sam błąd. Nie dopuszczają możliwości akceptacji sposobu myślenia adwersarzy. Nawet jeżeli fundamentalnie się nie zgadzamy, ważne chociaż, by się słuchać. Nie wspominając o zdrowej rozmowie. Bez pryncypialnego pouczania, jak chciałaby "stara elita" i bez aroganckiej wyniosłości, jak woli "nowa".

magazyn
Komentarze

Copyright (c) Magazyn Internetowy LEAD.pl 2007-2012.
O nas   Redakcja   Reklama   Kontakt     do góry
Lead - kiedy myślisz, że napisano już wszystko.