Zapraszamy do zapoznania się z ofertą.
KRAJ I ŚWIAT
Bitwa o kompromis
Nikt za pierwiastek ginąć nie chciał. Polska delegacja z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele grała twardo, ale bez zbędnych poświęceń, po powrocie do kraju ogłaszając dyplomatyczne zwycięstwo. To jednak sukces, którego podstawą jest rezygnacja. Fakt, że Europa uniknęła weta, a kompromis po ciężkich rozmowach został osiągnięty, to konsekwencja tego, że sam pierwiastek zmarł śmiercią naturalną, niepoddany pod jakże mu potrzebną debatę.
Dobrze się jednak stało, że nie broniliśmy zawzięcie propozycji, która z góry stała już na straconej pozycji. Pierwiastkowy system głosowania popierały jeszcze Czechy, ale pozostałych 25 państw wyrażało swój sprzeciw. Weto oznaczałoby zaś marginalizację Polski. Po zakończeniu szczytu przyznał to zresztą sam prezydent. O tym jednak, że zwycięstwo w walce o pierwiastek jest właściwie niemożliwe, mówiło się już na długo przed rozpoczęciem negocjacji.
Jak więc należy traktować te buńczuczne zapowiedzi polskich władz i ciągłe groźby wysyłane w stronę Brukseli o możliwości zerwania szczytu w przypadku niezaakceptowania pierwiastka przez Europę, jeśli polska delegacja tak szybko zrezygnowała z walki o niego? Jeszcze w kraju zapowiadała przecież, że gotów jest za niego umierać. Czy była to celowa taktyka, aby osiągnąć w negocjacjach jak najwięcej?
Na czym polega kompromis
Podsumujmy więc, co polskiej ekipie udało się osiągnąć. Do roku 2014 system głosowania w Radzie UE nie zmieni się. To ważne, bowiem przyjęcie Traktatu Reformacyjnego, który pierwotnie już od swojego początku miał wprowadzać zmiany w systemie głosowania, planowane jest na 2009 rok. Zaś dzięki tym negocjacjom jeszcze przez 7 lat możemy cieszyć się nicejskim systemem, który dla Polski jest jednak najkorzystniejszy.
W latach 2014 - 2017 obowiązywać będzie mieszany sposób liczenia głosów, co oznacza połączenie systemu nicejskiego z forsowaną przez Niemcy podwójną większością. Głosowanie zgodne z zapisem Traktatu z Nicei będzie możliwe wówczas, gdy zażąda tego przynajmniej jeden z członków UE. Jednak od roku 2017 tak nielubiany przez nas system podwójnej większości - najmniej korzystny dla małych państw, najbardziej dla Niemiec - zacznie obowiązywać już w pełni. Tu Polsce udało się natomiast przeforsować tzw. hamulec, który ma umożliwiać odwlekanie prac nad jakąś sprawą. Warunek jest jednak taki, że aby domagać się dodatkowego czasu, trzeba zebrać tyle krajów, by ich ludność stanowiła 19 procent wszystkich obywateli Unii.
Sukces o gorzkim posmaku
Paradoksalnie, osiągnięty sukces nie jest wcale gwarancją szczęścia. Dlaczego? Bo jeszcze przed szczytem proponowano nam przedłużenie nicejskiego systemu głosowania właśnie do 2014 roku. Czy zatem ten 3-letni okres przejściowy wymagał aż takiej dyplomatycznej walki i wojny nerwów? Zdenerwowaliśmy Europę doprowadzając do sytuacji, jakiej dawno już nie było. Zrozumiałe, że chcieliśmy jak najwięcej ugrać, ale czy warto było tak "psuć wszystkim krew", by ostatecznie i tak zgodzić się na to, co cała reszta państw chciała?
Druga sprawa, która wymaga komentarza, to stosunki między premierem a prezydentem. Mniejsza o to, że zagraniczne media wytykają, iż Lech Kaczyński w Brukseli działał pod dyktando swojego brata. Ważniejsze jest to, co mówił premier tu w Warszawie, dyskredytując często w oczach Europy polską delegację, wypowiadając się dość kontrowersyjnie.
- Domagamy się tylko tego, by oddano to, co nam zabrano. Gdyby Polska nie przeżyła lat 1939 - 1945, byłaby dzisiaj, jeśli odwołać się do kryterium demograficznego, państwem 66-milionowym - mówił tuż przed szczytem Jarosław Kaczyński w "Sygnałach dnia". Rezultat tej wypowiedzi - mimo, że zgodnej z prawdą - był jedynie taki, że jego brat reprezentujący później Polskę w Brukseli musiał się wszędzie tłumaczyć, a wielu już przed szczytem nastawionych było do Polski negatywnie.
Głosy znad Wisły
Bardzo różne i często mocno zaskakujące recenzje zebrali polscy negocjatorzy w kraju. Andrzej Lepper cieszył się, że nie umieraliśmy za pierwiastek. - Nasz kraj nie może myśleć wyłącznie o własnym interesie i uważać, że tylko on ma rację - mówił wicepremier. Na zupełnie inny aspekt negocjacji zwracał uwagę drugi z koalicyjnych wicepremierów Roman Giertych. - Unia Europejska jest coraz bardziej poddawana pod dyktat polityki niemieckiej - mówił oburzony zachowaniem Angeli Merkel, która groziła, że zwoła Konferencję Międzyrządową bez Polski. - Uważaliśmy, że eurokonstytucja ma tylko jeden cel: wzmocnić dominację niemiecką czy tandemu niemiecko-francuskiego w Europie. Nie ma żadnego innego celu. W tym zakresie czy byłby pierwiastek czy nie, bylibyśmy przeciwnikami ratyfikacji tej umowy - denerwował się przewodniczący Ligi Polskich Rodzin.
Bardzo entuzjastycznie do rezultatów szczytu odniósł się Sojusz Lewicy Demokratycznej, który ustami Wojciecha Olejniczka podziękował całej ekipie negocjacyjnej za dobrze wykonaną pracę podczas rozmów w Brukseli. - Gratuluję premierowi i prezydentowi. Walczyli mocno, ale wtedy, kiedy trzeba było, potrafili się wycofać - mówił szef SLD. Nieco inne zdanie wyraził inny członek SLD. - Na pierwszej kolacji w Brukseli Lech Kaczyński sprzedał interes narodowy, bo odstąpił od pierwiastka, już go nie promował - krytykował Ryszard Kalisz.
Bardzo umiarkowanie cieszyła się Platforma Obywatelska. Najpierw pochwaliła negocjatorów, by potem zaraz dodać: - Można dzisiaj stwierdzić chyba bez żadnych wątpliwości, że państwa które najskuteczniej zadbały o swoje interesy to Francja, Niemcy i Wielka Brytania, co oddaje realną grę sił - mówił Donald Tusk. - Te negocjacje pokazały jedną rzecz: ekipa braci Kaczyńskich nie jest wymarzoną ekipą do budowania dobrej atmosfery wokół polskich interesów i niespecjalnie popisała się jeśli chodzi o budowanie sojuszów. Wbrew temu, co mówił prezydent i premier, nasze stanowisko nie zyskało poparcia żadnego innego kraju poza Czechami. To nauczka na przyszłość. Trzeba tak w Europie pracować, aby skutecznie przekonywać do własnych racji - dodał.
Kto zwycięzcą szczytu?
Fakt faktem, dawno już nie pogrywaliśmy z Europą tak twardo. Nie było tu na pewno negocjacji na kolanach. Mało tego, w ostatnim czasie to wokół polskiego premiera i prezydenta "biegali" włodarze największych państw Europy - Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii. By osiągnąć z Polską kompromis próbowali wielu metod, wysuwali wiele propozycji - przyjeżdżali do Polski, dzwonili, przekonywali. I udało im się - Polska zaakceptowała system podwójnej większości. Pokazuje to jednak doskonale - i oby polskie władze wyciągnęły z tego jak najwięcej - że potrzeba wielkiego wysiłku, aby osiągnąć kompromis przekonując drugą stronę do własnych racji. Nie wystarczy jedynie grozić zerwaniem obrad.
To, co się stało na szczycie ma jednak wielki plus, który należy docenić. Skłonność do kompromisu, co często jest po prostu dowodem rozsądku, bywa nieraz odbierana jako przejaw słabości, gdy w rzeczywistości świadczy właśnie o sile. Tej, która drzemie we wspólnocie.



Mieli umierać za Niceę a co się stało? Klapa. »
Ciesze się, żę Kaczyńscy nie zerwali szczytu, to dopiero byłaby siara.... »
Nie ma co, podtrzymuję swoje zdanie, że klapa totalna z tym szczytem. »
Kaczyńscy mają spore ambicje, chcą wzmocnić pozycje Polski w UE...skoro z... »
Kaczyńscy mają spore ambicje, chcą wzmocnić pozycje Polski w UE...skoro z... »