Zapraszamy do zapoznania się z ofertą.
KULTURA
Anioł w czerni
Jaką trzeba mieć siłę głosu, żeby publiczność zwróciła na nas uwagę mimo kuszenia jej kolorowymi wizualizacjami? Jaką trzeba mieć osobowość, by skupiać na sobie oczy tysięcy fanów podczas koncertu, przypominającego bardziej show niż koncert w klasycznym rozumieniu?
Organizatorzy chcieli stworzyć zamkniętą przestrzeń. Szukali kameralnej atmosfery. W tym celu wybudowali trybuny i zamienili Służewiec w mini-stadion. Scena złożona z dwóch części połączonych pomostem, miała ułatwiać George'owi kontakt z publicznością. Nad nią znalazły się telebimy, by fani mogli bez trudu oglądać popisy swojego ulubieńca. Dodatkowo zamontowano ekrany, na których wyświetlane były animacje i fragmenty teledysków.
Przed występem ikony popkultury, publiczność rozgrzewały Kasia Cerekwicka i Novika. Jedna jazzująco, druga bardziej klubowo. Gwiazda wieczoru pojawiła się na scenie wśród owacji. Towarzyszyło mu około 20 muzyków. Michael zaczął występ od "Fast Love". Publiczność przyjęła utwór bardzo entuzjastycznie. Nastrój niemalże euforii potrwał do końca koncertu. Wszystkie piosenki 35- tysięczna publiczność śpiewała razem z artystą. Cudowną "Praying For Time", energetyczną "Fastlove" i "Too Funky". Dotego delikatną "Jesus To A Child". Gwiazdor wyraził swoją niechęć do George'a Busha utworem "Shoot The Dog". Posłużył się w tym celu także dmuchaną podobizną prezydenta. Na bis wykonał "Careless Whisper" i "Freedom".
Koncert George'a Michaela był jego pierwszym występem w naszym kraju. Odbył się w ramach europejskiej trasy koncertowej wokalisty. Michael promuje swój najnowszy album "Twenty Five". Podczas występów śpiewa swoje największe przeboje, które powstały w ciągu 25 lat jego pracy artystycznej. Nie tylko prezentuje publiczności swój rewelacyjny głos, ale serwuje widzom interesujący pod względem wizualnym koncert. Podczas "Careless Whisper" scena płonie pomarańczem. Gwiazdor stoi na tle gigantycznego ekranu, który wydaje się być zalewany ognistą czerwienią. Po chwili wokalista porusza się w takt piosenki stojąc na tle intensywnie, wręcz pulsująco czerwonego ekranu. Ten za chwilę zmienia kolor na żółty. Ciepłe kolory zmieniają się zgodnie z rytmem.
Niesamowite widowisko. Patrząc na coś takiego można zapomnieć o niepozornym mężczyźnie śpiewającym na scenie. Jego głos jednak wszystkich prowadzi. Słuchają go i śpiewają z nim. Artysta ze wzruszeniem dziękuję zgromadzony tłumowi u jego stóp za zaśpiewaną wspólnie piosenkę. Innym razem scena staje się błękitna. Światła stają się fioletowe. Kiedy indziej nad sceną widnieje złoty napis "Here I Am...". Towarzyszą mu migoczące światła, przypominające gwiazdy.
Gdzieś obok tych wszystkich trików, a może ponad nimi znajduje się głos jednego z najbardziej rozpoznawanych wokalistów naszych czasów. Tego samego, który wykonywał "Somebody to love" podczas koncertu poświęconego pamięci Freddy'ego Merkury. To ten sam człowiek, który tak po ludzku boi się poddać badaniom na obecność wirusa HIV w organizmie, bo podejrzewa najgorsze. Przygotowuje zapierające dech w piersiach widowiska, ale nie biega po scenie, nie farbuje włosów na czerwono czy zielono, ani nie zakłada makaronu na włosy. Pokazuje klasę. Wystarcza mu czarny garnitur i ciemna koszula. Hipnotyzuje głosem. Publiczność zgromadzona na Służewcu 11 lipca zapamięta go pewnie jako śpiewającego anioła w czerni.



Super-przystojniak w super okularach. »
ale powiało nudą.... »
Nudą? »