Zapraszamy do zapoznania się z ofertą.
KULTURA
12 starych i przydymionych
Zaczyna się rytmicznie i leniwie. Przeplatany melorecytacją z lekkim pogłosem. Trochę basu, żadnych fajerwerków, po prostu gitara. I pytanie, czy doświadczyliśmy? Jak można odpowiedzieć słuchając płyty zawierającej same covery?
Podobno, żeby móc zanalizować jakiś utwór trzeba odciąć się od autora. No więc zapomnieć trzeba o protestsongach Patti Smith. Wymazać z pamięci fakt, że nie pasowała do małego miasteczka w New Jersey. Nie wspominać nawet o tym, że zawsze jak kot chodziła własnymi ścieżkami. Przemilczeć jej znajomość z beatnikami i inspiracje muzyczne - Jamesa Browna, Roling Stonesów i Boba Dylana. Udawać, że zamiłowanie do modernistycznej poezji było w jej przypadku nieistotne.
Wyobraźmy sobie sytuację, że przed nami leży kiedyś kupiona płyta. Nazywa się "Twelve". Nie znamy kobiety, która śpiewa, po prostu słuchamy tego, co nam przekazuje swoim głosem. I ona od razu zadaje nam pytanie. Można się trochę zmieszać, ale słuchamy. Jednostajnie, rytmicznie. Gitara i wokal. W tle coś się zaczyna dziać. Narasta i uderza. Perkusja. I akcja jak w teatrze. Mocny, lekko zdarty głos na pierwszym planie. Muzycy za nią próbują się przebić. Solówka na szarpanych strunach. Bisu nie będzie. Czasem gardłowo, czasem nosowo brzmiący głos nie zapowiada rewelacji.
Kolejny kawałek zaczyna się gitarowo. I znów łatwo wpadający w ucho rytm. Oczywiście już zaczynamy się zastanawiać skąd znamy te słowa, melodie, tylko głos nie ten. Lekko, łatwo i przyjemnie kobiecy głos prześlizguje się po dźwiękach. Można bujać się na boki w takt powtarzającej się frazy. I aż nie pasują słowa do tak lekkiej melodii. Bo jak pogodzić śpiew o tym, że każdy chce rządzić światem z tak wręcz słodką piosenką?
Dalej jest bardzo intymnie. Jak w małym pubie grubo po północy, kiedy goście prawie zasypiają, a barman podpiera się łokciem o bar i pali papierosa. Więcej zaangażowania słychać w głosie. Prosta gitara idealnie pasuje do wielokrotnie powtarzanych słów "Helpless". Robi się dramatyczniej i mroczniej. Aż czuje się ciężki dym papierosowy i zapach piwa.
W "Gimme Shelter" zostaje w barze. Ale godzina jest znacznie wcześniejsza. Nie ma tego całego mrocznego klimatu. Kobiecy głos wydaje się bardziej zmęczony i zachrypnięty. Jakby szarpała własne struny głosowe. Górne dźwięki wyśpiewuje kończąc piskiem żywcem wziętym z wiejskiego wesela. Czuć, że dobrze się bawi. Można sobie nawet wyobrazić, że podryguje przed mikrofonem. Słuchając następnego utworu można odnieść wrażenie, że śpiewająca kobieta stoi na skale i patrzy na krajobraz przed nią. Stoi, patrzy i rozmawia ze sobą. Słychać powietrze wokół niej. Jest spokojnie, refleksyjnie, nastrojowo.
Jesteśmy w połowie. Zaczyna się marszowo. Werble, śpiew i melorecytacja. Czyli wcześniej użyte chwyty znowu wykorzystane. Ale ten marsz ratuje trochę sytuację. Trochę, bo i tak zaczynam się nudzić. Typowo rockowy chaos instrumentalny, a w tle werble. Niby głos brzmi raz mocniej, raz słabiej, ale i tak jest jednostajnie.
I wreszcie coś żywszego. "Changig of the Guards" wnosi trochę życia w coraz bardziej monotonną płytę. Kobieta śpiewa nawet płynnie, ale jakby się muzycy bardziej postarali, to by im country wyszło. A tak jest niewiadomo co. Te wszystkie minusy nie przeszkadzają jednak piosence. Po prostu jest w niej coś i już. Słucha się opowiadanej historii i zapomina o pięciu wcześniejszych piosenkach. Różowe lata siedemdziesiąte przychodzą nam do głowy. Potrząsanie długimi włosami, kołysanie się w takt. I ten klimat. Właśnie klimat jest tu dobrym słowem. Lekko ignorancki, zawadiacki. Taki jaki powinien być.
Kolejny utwór to popis gitarowy i znana melodia. I na siłę można szukać miejsca gdzie pasowałaby taka piosenka. Poza tym ma się wrażenie, że puszczamy płytę niemal od początku. Idźmy dalej. Znów spokojnie. Za spokojnie. Nerwowi ludzie mogą kląć i się wściekać. Nie uspokaja tylko nudzi powtarzana melodia z lekkimi przeróbkami. No, ale jest i krzyk wokalistki. Żeby słuchacz nie zasnął. Jeśli dotrwamy do dziesiątej piosenki możemy zostać wystawieni na ciężką próbę. Bo kto nie zna Nirvany i ich kawałka "Smells like teen spirit"? No wiadomo, że każdy. Przyznać trzeba, że lepiej wiadomo o czym jest tekst, ale serce pęka. Zaczyna bas jakby grał początek do przedszkolnej piosenki "Stary niedźwiedź mocno śpi".
Potem wślizgują się inni muzycy. I leniwy wokal. Słowa wloką się. Wydaje się, że nie mają siły zostać wyśpiewane tylko kapią jak woda z niedokręconego kranu. A wiadomo jakie to straszne marnotrawstwo. Silniej jest w refrenie. Ale bez wyrazu. Słowa są na przemian wyrzucane albo kapią. Próżno w tym szukać sensu. Ideał sięgnął bruku po prostu. Pod koniec robi się lekko psychodelicznie. Silnie wypowiadanie słowa, każde osobno. Tylko po co to wszystko? Dla większego zamieszania i przyspieszenia, które mamy na koniec utworu? Bolało.
Dobrze, że jeszcze dwie piosenki do końca. Perkusja wybija jednostajny rytm, a gitara udaje, że gra solówkę. Chyba już jesteśmy zmęczeni i znużeni. "Midnight rider" po prostu wlecze się. "Pastime Paradise" - ostatni utwór na słuchanej płycie brzmi jak pastisz krążący w Internecie, którego bohaterami są Amisze. Spokojnie, akuratnie, ale głos brzmi ciekawiej. Szkoda, że zdążyliśmy się już mocno zmęczyć. Namiastka raju to niestety za mało. Ale tu i klawisze i perkusja jakoś brzmią. Może nie rewelacyjnie, ale ciekawie.
Wytrwaliśmy. Możemy sobie pogratulować, ale nie jest to konieczne. Konieczne jest ustosunkowanie się do wysłuchanej płyty. Zrobienie jakiegoś podsumowania. W końcu oceniamy płytę, a nie artystę. Było nudno. Nawet kilkakrotne przesłuchanie płyty nie pomaga. Można jej słuchać nawet trzy miesiące i nie będzie lepiej. I jeszcze Patti Smith zadaje nam pytanie. To my musimy odpowiedzieć. Krążek nie zachwyca, nie powala, nie rzuca na kolana. Jest mdły i ciężkostrawny. Z założenia płyta miała składać się z coverów. Ale chyba z założenia nie miała uśpić odbiorcy, chyba że jego czujność na coś lepszego niż słabe kawałki, lekko doprawione znanym głosem legendy rocka. Oceniając płytę w oderwaniu od tego czego dokonała Amerykanka o charakterystycznym, zachrypniętym głosie, "Twelve" wypada dramatycznie blado. Ale...
Ale Patti od początku nie zamierzała robić show. Śpiewała prawdziwie z prawdziwie grającymi muzykami. Przyznała kiedyś, że nie ma dobrego głosu ale posługuje się magią. Ona ma w sobie magię. I tylko jej można wybaczyć, delikatnie mówiąc, średnią płytę. Pokazała się jako poetka. Wiadomo, że liryka nie wszystkim musi pasować. Ani banjo, ani skrzypce wykorzystane podczas produkcji tej płyty.
Miało być intymnie? Było. Miał być zadymiony pub? Był. Miała być magia? O magii nie powinno się dyskutować.


